Kolejne pomysły prezesa Milczarskiego…

Prezes PLL LOT nie przestaje zaskakiwać! Właśnie ogłosił, że w ciągu czterech lat zamierza kupić 70 nowych samolotów (150% obecnej floty!) i zatrudnić… 1400 nowych pracowników!

W firmie, która od lat boryka się z nadmiarem personelu, a zwolnienia są boleśnie trudne (ze względu na ukochane przez wszystkich związki zawodowe) plan zatrudnienia po dwustu nowych pracowników na każdy nowy kupiony samolot to iście genialna inicjatywa.

Lot operuje obecnie na mniej niż setce tras. Samo kupienie siedemdziesięciu nowych samolotów nie zwiększy magicznie udziału firmy w rynku. Wprost przeciwnie, przy błędnych decyzjach operacyjno-marketingowych (a takie nie są niczym nowym w PLL LOT) maszyny będą stały na płycie postojowej i generowały gigantyczną stratę firmy.

Przy obsadzie stanowisk kierowniczych w firmie z klucza politycznego, to całkiem realny scenariusz.

W 2012 roku LOT zatrudniał na etatach 2028 osób. To wystarczało (mniej lub lepiej) do obsługi czterdziestu czterech samolotów, co daje (bezdusznie statystycznie, ale jednak) czterdzieści sześć osób na jedną maszynę. Obecnie pan prezes chce zwiększyć zatrudnienie o tysiąc czterysta osób i kupić siedemdziesiąt nowych samolotów. Co da nam niecałe trzy i pół tysiąca osób i sto czternaście samolotów. Znowu podle średnio, po trzydzieści osób na samolot. O połowę mniej! Brzmi groźnie…

Tysiąc czterysta nowych pracowników miesięcznie przy mocno uśrednionym wynagrodzeniu 8000 zł brutto to wydatek dla firmy rzędu jedenastu milionów złotych miesięcznie!

Dużo? Misiu, to kropla w morzu…

Bardzo mocno uogólniając, jeden nowy samolot kosztuje dwieście milionów dolarów. Koszt ten, przemnożony przez dwa (zysk dla korporacji leasingowej) musi zwrócić się w dwadzieścia lat, co daje nieco ponad półtora miliona dolarów miesięcznie. Przemnóż przez siedemdziesiąt maszyn i kurs dolara do złotówki, a dostaniesz… czterysta pięćdziesiąt milionów złotych miesięcznie.

A tu się LOTowi jeszcze nowy port lotniczy marzy… Strach się bać!

W grudniu 2012 roku spółka poprosiła Skarb Państwa o pożyczkę w wysokości 1 miliarda złotych, z czego ostatecznie otrzymała 400 milionów złotych. Według moich szacunków, wizja prezesa LOT spowodowałaby „skonsumowanie” takiej pomocy publicznej w ciągu… niecałego miesiąca.

Niech nikogo nie myli liczba 3,5 miliarda złotych rocznego przychodu LOT. To przychód, a gdzie koszty? Spółka w 2012 roku była tak zadłużona, że pomoc publiczna uratowała ją od bankructwa (318 milionów złotych przeterminowanych zobowiązań!).

Czy ktoś zadał pytanie, skąd pan prezes Milczarski zamierza wziąć na to wszystko pieniądze?

PolskieRadio.pl nazywa tę wizję ambitną. Dla mnie jest ona bardzo niebezpieczna, jeśli nie szalona!

(wyliczenia w tekście są ogólne, nieuźródłowione i mocno zaokrąglone, ale oddają skalę problemu)

Ta strona jest obecnie w trakcie importu. Przenoszę posty z innych źródeł. Różne dziwne rzeczy mogą się tu dziać, dopóki ten proces się nie zakończy (a ta informacja nie zostanie usunięta).

Trwa import wpisów...